Czy warto studiować dietetykę?

Facebook przypomniał mi właśnie, że cały czas trwa nabór na studia I stopnia na kierunku dietetyka na uczelni, do której uczęszczam. To prywatna szkoła medyczna w Katowicach. Studiuję zaocznie. Pewnie na innych prywatnych wyższych uczelniach w całej Polsce, które oferują naukę na kierunku dietetyka również w dalszym ciągu można się rekrutować. Zresztą, jeśli dobrze pamiętam, jeszcze w październiku i listopadzie do mojej grupy trafiały osoby, które dopiero wtedy zdecydowały się rozpocząć naukę. Z ciekawości zadzwoniłam też na Śląski Uniwersytet Medyczny i tam także cały czas trwa rekrutacja na studia stacjonarne i zaoczne. Jednak w tym wypadku konieczna jest matura z biologii, chemii, matematyki, fizyki lub fizyki z astronomią. Na prywatnych uczelniach można tak, jak ja rekrutować się nawet z rozszerzoną maturą z historii.

Za mną już dwa lata studiów, przede mną jeszcze 3 semestry (tak, na mojej uczelni licencjat trwa aż 7 semestrów), kilkaset godzin praktyk, obrona pracy licencjackiej i egzamin dyplomowy. Fakt, muszę jeszcze pojechać na uczelnię i oddać dokumenty z poradni chorób metabolicznych, w której miałam latem praktyki oraz pisemną pracę zaliczeniową (jadłospis + zalecenia żywieniowe dla konkretnego pacjenta) i dopiero wtedy będę mogła oficjalnie powiedzieć, że jestem już studentką 3. roku. Myślę, że to jednak tylko formalność. W każdym razie, pomyślałam, że być może zastanawiacie się właśnie, czy warto studiować dietetykę, czy jednak to strata pieniędzy i lepiej kształcić się samemu i inwestować w książki, kursy i szkolenia. Postanowiłam więc podzielić się z Wami swoimi przemyślałami i doświadczeniami.

Tytuł dietetyka!

Dietetyk nie jest zawodem regulowanym. Owszem, polskie towarzystwa dietetyczne od lat próbuję przeforsować ustawę o zawodzie dietetyka, jednak na ten moment nie ma żadnych konkretów. Faktycznie, zostały określone wymogi, jakie należy spełnić, aby podjąć pracę w zawodzie dietetyka, został on wymieniony na równi z innymi zawodami medycznymi w szeregu przepisów związanych z ochroną zdrowia, ale nie ma nadal regulacji ustawowych. Inna sprawa, że opinie fizjoterapeutów, których zawód został uregulowany w 2016 roku (w ustawie określono m.in. kwestie wykonywania zawodu, kształcenia i działania samorządu zawodowego) zmuszają do zastanowienia się, czy aby na pewno ustawa o zawodzie dietetyka nie przyniesie więcej szkód, aniżeli pożytku.

W każdym razie, w tym momencie tak naprawdę każdy może otworzyć działalność gospodarczą i oferować usługi z zakresu dietetyki. Stolarz, filozof, bankier. Nie ma to znaczenia. Oczywiście, dzięki temu i ja, magister historii mogę teraz pracować, jako dietetyk. A w zasadzie doradca dietetyczny, bo dopóki nie ukończę studiów nie mogę tytułować się dietetykiem. Przynajmniej ja uważam, że nie powinnam, choć z tego co widzę, to niektóre osoby bez dyplomu ukończenia studiów wyższych z zakresu dietetyki nie mają skrupułów, by na wizytówkach wpisać przed nazwiskiem "mgr", bo mają tytuł magistra psychologii, biologii czy ekonomii. Broń Boże nie oceniam tego, bo to nie moja rola. Zwracam jedynie uwagę, że takie praktyki są częste. Na rynku swoje usługi oferują więc konsultanci żywieniowi czy trenerzy zdrowego odżywiania.

Członkowie ICDA (International Confederation of Dietetic Associations) przyjęli minimalny poziom wykształcenia dietetyka: studia licencjackie i co najmniej 500 godzin nadzorowanej praktyki zawodowej. Studia podyplomowe, kursy, szkolenia podnoszą kwalifikacje, jednak nie uprawniają do nabycia tytułu dietetyka. Długo zastanawiałam się, czy w wieku 29 lat jest sens rozpoczynać 3,5-letnie studia. To szmat czasu. Tym bardziej, że skończyłam już wcześniej 5-letnie studia magisterskie. Uważam, że jest sporo specjalistów, którzy mimo braku "papierka" mają imponującą wiedzę, której wydaje mi się, że w życiu nie dorównam (więc w pewnym stopniu zgodzę się, że zaliczyliby studia bez problemów), a z drugiej strony widziałam diety układane przez magistrów dietetyki z kategorycznymi błędami. Nie ma na to reguły. Najlepszym rozwiązaniem jest więc moim zdaniem mieć tytuł dietetyka, ogromną wiedzę i cały czas się dokształcać. Wtedy nikt nie zarzuci nam, że wykonujemy zawód "nielegalnie" i będziemy mieć czyste sumie.

Cały czas staram się rozwijać swoją wiedzę. We wrześniu i październiku czeka mnie maraton szkoleń na temat bezpłodności, PCOS, jelit i diagnostyki laboratoryjnej.

Inna sprawa, że młodzi ludzie nie przywiazuje tak dużej uwagi do wykształcenia kierunkowego. Macie super sylwetkę? Sami zgubiliście nadprogramowe kilogramy? Chwalicie się spektakularnymi metamorfozami podopiecznych? Najważniejsza jest dla nich skuteczność. Oczekują efektów, bez względu na to, jaką szkołę ukończyliście. Trochę inaczej sytuacja wygląda moim zdaniem z pokoleniem +40 czy +50, które jednak zwraca uwagę na wykształcenie i zanim umówi się na wizytę prześwietli Was wzdłuż i wszerz. Sama usłyszałam kilka razy, że ktoś zdecydował się podjąć ze mną współpracę, bo na profilach społecznościowych i blogu widzi, że wykonuję świetną robotę, ale jednak wiem, że studiuje dietetykę, widział moje oceny i jego zdaniem to gwarantuje, że mu po prostu nie zaszkodzę. Ja z takimi ludźmi też chcę pracować, dlatego m.in. zdecydowałam się na studia.

Oceny to nie wszystko, ale co tam, pochwalę się, bo ciężko na nie zapracowałam! Pewnie, wcale sobie nie myślę, że wszystko wiem, mam w sobie bardzo dużo pokory i zdaję sobie sprawę, jak wiele nie wiem...

Praca w szpitalu / przychodni!

Owszem, jeśli chcemy wyłącznie prowadzić własną działalność gospodarczą, tytuł nie jest nam do niczego potrzebny. Inaczej wygląda sytuacja, jeśli chcielibyśmy pracować, jako dietetycy w placówce medycznej. Rozporządzenie Ministra Zdrowia 1 z dnia 20 lipca 2011 r. w sprawie kwalifikacji wymaganych od pracowników na poszczególnych rodzajach stanowisk pracy w podmiotach leczniczych niebędących przedsiębiorcami określiło wymagania, jakie należy spełnić, aby pracować na stanowiskach: dietetyk, starszy dietetyk, młodszy asystent dietetyki, asystent dietetyki i starszy asystent dietetyki. Tak prezentują się wymogane kwalifikacje wobec najniższego w hierarchii dietetyka:

Biorąc od uwagę, że zlikwidowano policealne i średnie szkolnictwo w zawodzie dietetyka (chyba, że znowu się coś zmieniło, bo powiem szczerze nie nadążam trochę za reformami i cieszę się, że nie pracuję w szkole zgodnie z wykształceniem), aby pracować na stanowisku dietetyka musimy ukończyć studia I stopnia. Jeśli chcemy awansować, konieczny jest tytuł magistra i odpowiednia ilość lat pracy (tutaj możecie przeczytać cały teskt ustawy). Rozporządzenia Ministra Zdrowia regulują także wymagania wobec dietetyka biorącego udział w realizacji świadczeń gwarantowanych z zakresu rehabilitacji kardiologicznej, lecznictwa uzdrowiskowego, leczenia sanatoryjnego i szpitalnego na oddziałach diabetologii, czy ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Wykształcenie również jest niezbędne. Niestety, mimo obietnic, dietetyk w dalszym ciągu nie jest członkiem zespołu Podstawowej Opieki Zdrowotnej, a ilość poradni dietetycznych świadczących usługi w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia jest niewielka.

Jak już wspominałam, prowadzę swoją działalność, ale nie ukrywam, że w przyszłości chciałabym dodatkowo pracować w przychodni. Po czwartym semestrze musiałam zrealizować 140 godzin (na szczęście lekcyjnych) praktyk z poradni dietetycznej, diabetologicznej, gastrologicznej, endokrynologicznej lub chorób metabolicznych. W sumie mogłabym być zwolniona z racji działalności, jednak stwierdziłam, że chcę się czegoś nowego nauczyć. W pewnej chwili myślałam już jednak, że machnę ręką na moje szczere chęci, bo ze względu na RODO w żadnej poradni endokrynologicznej, na której najbardziej mi zależało nie chcieli mnie przyjąć. Ostatecznie udało mi się dostać na praktyki do poradni chorób metabolicznych i dietetycznej. Zależało mi głównie na tym, aby poznać specyfikę pracy z pacjentem w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia, kiedy to w pierwszej poradni na pacjenta przeznacza się 15 minut, a w drugiej – 30 minut. U mnie wywiad dietetyczny trwa przecież czasem i półtorej godziny. Generalnie w obu poradniach wizyty sprowadzały się do analizy wyników badań, dziennika żywieniowego, a w metabolicznej dodatkowo przepisania leków. Nie było mowy o układaniu indywidualnych diet. Jedynie edukowało się pacjenta i zachęcało do rezygnacji czy zmniejszenia ilości słodyczy, cukru, tłuszczów trans, wprowadzenia większej ilości warzyw, produktów zbożowych i aktywności fizycznej. Owszem, przynosiło to efekty, ale średnia wieku pacjentów wynosiła ok. 50/60 lat. Młode osoby raczej trafiają do prywatnych gabinetów. Może to być więc satysfakcjonująca praca. Dodatkowa, bo raczej trudno byłoby się z tego utrzymać. Pani dietetyk za pacjenta otrzymywała z tego, co mi mówiła 8zł. W miesiącu miała 8 pacjentów (limit na przychodnię).

W ubiegłym roku miałam natomiast praktyki w szpitalu na oddziale wewnętrznym połączonym z geriatrią. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, jako dla człowieka (opieka nad starszymi osobami, śmierć, rozmowy z rodzinami), jednak nie nauczyłam się praktycznie nic nowego. Zadania dietetyka w szpitalu sprowadzały się do bowiem do wysyłania zamówienia do cateringu czy kontrolnego sprawdzania temperatury zupy. Na oddziałach to opiekunowie medyczni rozdawali posiłki czy karmili sondą. Zgodnie z ustawą o Zakładach Opieki Zdrowotnej szpital powinien zapewniać pacjentowi wyżywienie odpowiednio dostosowane do jego stanu zdrowia. Kierownik zakładu powinien zatem zadbać o zatrudnienie wykwalifikowanego dietetyka. Coraz częściej zawiera się jednak umowy z zewnętrznymi firmami cateringowymi. Realny wpływ na żywienie pacjentów mają więc dietetycy w nich pracujący. Akurat miałam okazję rozmawiać z dietetyczką z firmy dostarczającej catering do szpitala, w którym miałam praktyki i jest to bardzo trudna praca (kilkanaście szpitali, w każdym inne stawki na pacjenta, kontrola zapatrzenia i dostaw) i z tego co mówiła kiepsko płatna. Jeżeli rola dietetyka w szpitalach się nie zmieni, to raczej tam nie widzę dla siebie żadnej przyszłości. Po 5. semestrze muszę jednak zrobić praktyki w szpitalu dla dorosłych, a po 6. w szpitalu dziecięcym. Może więc jeszcze zmienię zdanie. W każdym razie, gdyby nie studia i praktyki, nie miałabym możliwości zyskać takiego doświadczenia.

Jedzenie w szpitalach to temat na odrębny wpis. Czas między rozdawaniem posiłków wykorzystywałam więc na rozmowy z pacjentami i ich edukację.

Poszerzenie horyzontów!

Nie wiązałam nigdy wcześniej swojej przyszłości z dietetyką. Jak wspominałam, ukończyłam studia historyczne, bo zawsze lubiłam ten przedmiot, jednak nigdy nie chciałam pracować w szkole. Pracę magisterską pisałam o historii Wielkich Derbów Śląska, czyli spotkań Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów, potem przez 7 lat pracowałam w biurze prasowym pierwszego z klubów, co zawsze było moim marzeniem. Żywieniem zaczęłam się interesować bardziej, kiedy to 4 lata temu zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy i Hashimoto. Czytałam polskie i zagraniczne blogi, książki, słuchałam webinarów, brałam udział w różnego rodzaju szkoleniach. Wraz z diagnozami kolejnych chorób (PCOS, insulinooporność, celiakia itd.) zaczęłam interesować się kolejnymi zagadnieniami. Dziś mogę powiedzieć, że na temat chorób tarczycy czy zaburzeń glikemii wiem naprawdę dużo. Teoretycznie i praktycznie.

Bądźmy jednak szczerzy, kiedy zaczęłam brać udział w różnego rodzaju szkoleniach, początkowo byłam bardzo zagubiona. Prowadzący nie tłumaczyli, na czym polega cykl Krebsa, ani jaką rolę pełni w organizmie transporter GLUT-4, tylko wychodzili w założenia, że uczestnicy mają te podstawy w małym palcu. Oczywiście, coś tam pamiętałam z biologii czy chemii z liceum, ale nigdy nie były to moje przedmioty wiodące, więc nie przykładałam się do nich tak, jak do historii. Doczytywałam więc dużo w domu, aby zrozumieć różnego rodzaju procesy, jednak nie zawsze wszystko rozumiałam, a nie miałam szansy nikogo zapytać. Na uczelni jest inaczej. Faktycznie, jako, że nie zdawałam na maturze ani biologii, ani chemii musiałam odświeżyć sporo wiedzy z zakresu gimnazjum i liceum, jednak kiedy miałam jakieś pytania, to zawsze mogłam je zadać prowadzącemu i wyjaśnić wszystkie wątpliwości. Fizjologia człowieka, anatomia, biochemia, mikrobiologia - myślę, że samej byłoby mi ciężko ogarnąć podstawy, które każdy dietetyk powinien po prostu posiadać.

Na nadrobienie zaległości musiałam poświęcić bardzo dużo czasu, jednak nie ukrywam, że zajęcia praktyczne przynosiły mi sporą frajdę. Pisanie sprawozdań z doświadczeń przez bity tydzień od rana do nocy już niekocznie 😀

Dzięki studiom zainteresowałam się również obszarami dietetyki, z którymi raczej "bez przymusu" w ogóle bym nie miała do czynienia. Mam tutaj na myśli chociażby dietetykę pediatryczną czy żywienie kobiet w ciąży i w okresie laktacji. Te tematy nigy nie były mi bliskie, a dzięki studiom polubiliśmy się i nawet mam kilka podopiecznych, które prowadziłam i prowadzę nadal z sukcesami w czasie ciąży i po urodzeniu dziecka. Gdyby nie zajęcia z genetyki, na pierwszym spotkaniu z kolegą z podstawówki nie wiedziałabym w ogóle co to Zespół Klinefeltera i na co zwrócić uwagę w przygotowaniu zaleceń dietetycznych, ani do jakiego go lekarza skierować. Oczywiście, uważam, że każdy dietetyk powinien mieć wąską specjalizację, z której ma największą wiedzę, jednak trzeba mieć ogólne chociaż pojęcie na każdy temat.

Polubiłam się z "pediatryczną" i uważam, że ta specjalizacja jest bardzo przyszłościowa. Niestety, otyłość wieku rozwojowego to ogromny problem. Minimum raz w tygodniu chodzę na basen i saunę i bardzo często zamiast się odstresować, to aż się we mnie "gotuje", gdy widzę dzieci z otyłością.

Często czytam w Internecie opinie studentów z innych uczelni, którzy narzekają, że ich wykładowcy w ogóle nie idą z duchem czasu, nie przekazują najnowszych badań, nie śledzą trendów. Ja na szczęście trafiłam dobrze i na zajęciach nieraz rozmawiamy o jakiś nowych badaniach czy wpisie na grupie na Facebook'u, który wywołał sporo emocji. Dzięki wykładowcom polubiłam sporo wartościowych profili, zapisałam nowe strony do zakładek i sięgnęłam po kilka książek, których wcześniej nie znałam. Praktycznie wszyscy moi wykładowcy pracują na uczelniach państwowych, są w trakcie zdobywania kolejnych stopni naukowych, prowadzą własną praktykę i cały czas rozwijają swoją wiedzę. Z większością kontakt jest bardzo dobry. Spokojnie mogę napisać maila z pytaniem, prośbą, jakąkolwiek wątpliwością i zawsze uzyskam odpowiedź. Kilku mam w znajomych na Facebook'u i bez problemu mogę napisać o każdej porze. Wykładowcy przysyłają prezentacje, materiały, artykuły. Pod tym względem jestem bardzo zadowolona. Wszystko zależy jednak od uczelni. Może to wynika z tego, że uczęszczam do prywatnej. Słyszałam bowiem różne negatywne opinie o poziomie w państwowych szkołach, ale ile w tym prawdy, nie wiem. Na pewno "prestiż" po ukończeniu Uniwersytetu Medycznego jest większy, bo nie raz widziałam "hejt" na dietetyków po prywatnych uczelniach z małych miejscowości. Ja jednak nie mam sobie nic do zarzucenia. Dlatego sporo osób odpadło już po pierwszym semestrze. Jeśli komuś się wydawało, że zapłaci i będzie prześlizgiwał się z semestru na semestr, to był w ogromnym błędzie. Ale maturę z biologii i chemii zrobię, choćby po 40., dla własnej satysfakcji. Jak wygram w Totolotka, to może jeszcze pójdę na medycynę (w Katowicach można studiować już na wydziale lekarskim na prywatnej uczelni technicznej (!), za semestr jedynie 20 000zł :D).

View this post on Instagram

Taki weekend na studiach, jak ten miniony to dla mojego organizmu samobójstwo (szczególnie w obecnej kondycji, ale o tym już jutro na blogu) ? Na zajęciach z pierwszej pomocy już myślałam, że to mnie zaraz zaczną reanimować ? Na szczęście przetrwałam. Trzy kolokwia, dwie prezentacje i referat też ? Dziś najchętniej cały dzień spędziłabym jednak w łóżku. Podziwiam więc wszystkie osoby pracujące na etatach i studiujące. Z rana nadrobiłam pierwsze zaległości, odpisałam na wiadomości i jadę na akupunkturę, wzmocnić organizm i postawić się na nogi. Miłego dnia i tygodnia ? #student #study #swsm #katowice #silesia #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Tak nie raz wyglądał mój weekendowy zjazd na studiach. Zajęcia mam również w piątki. Serio, to nie przelewki i trzeba przygotować się na ciężką pracę.

Czas i pieniądze!

Niestety, studia dietetyczne I stopnia to nie tylko genetyka, parazytologia i żywienie człowieka, ale także rekreacja ruchowa (na szczęście na siłowni, gdzie mogłam robić swój trening), technologia informacyjna, język angielski, pierwsza pomoc przedmetyczna i inne przedmioty, które po prostu muszą znaleźć się w programie studiów, a które w dużej mierze były stratą cennego czasu. Na 3. semestrze średnio co tydzień chciałam rzucać studia. Najwięcej godzin mieliśmy chyba z kwalifikowanej pierwszej pomocy. Czasami nawet dwa bloki zajęć w ciągu zjazdu, w sobotę i niedzielę po 2,5 godziny. Jasne, uważam, że każdy powinien znać podstawy udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach, ale spokojnie omówiłabym wszystko dwa razy szybciej, bez zbędnego rozwlekania. Więcej godzin przeznaczyłabym z kolei na moim zdaniem najważniejszy przedmiot w tamtym semestrze, czyli kliniczny zarys chorób. Wykładów mieliśmy całkiem sporo, praktycznie na każdym zjeździe, ale seminarium tylko cztery. Jak na taki ogrom materiału, uważam to za jakieś nieporozumienie. Większość musieliśmy przerobić samodzielnie z materiałów otrzymanych od wykładowców mailowo. Szkoda, bo prowadzący mieli dużą wiedzę i z nimi spokojnie mogłabym się widywać i trzy razy na zjeździe, by przerobić całą „Internę” Szczeklika. Na 4. semestrze było podobnie. Mieliśmy bardzo dużo godzin ćwiczeń z edukacji żywieniowej (ćwiczenia i seminaria), a dietetyki pediatrycznej tak mało, że spotykaliśmy się praktycznie tylko na kolokwiach.

W ostatnim semestrze bardzo fajne były zajęcia na kuchni. Niestety, tylko 3 spotkania. Do rozkładu godzin na pewno mogę mieć więc sporo zastrzeżeń.

Chciałabym, aby czas poświęcony na studiowanie był wykorzystany w 100% na przerabianie materiału, który przyda mi się w codziennej pracy. Tymczasem, nie raz siedziałam na nikomu niepotrzebnych zajęciach, a w tym samym czasie odbywało się jakieś wartościowe szkolenie czy konferencja, w których z racji zjazdu nie mogłam brać udziału. Jak wspominałam na naukę poświęcam bardzo dużo czasu (nie potrafię uczyć się tylko po to, żeby zdać :D) i brakuje mi go na na przykład na rozwój firmy i czytanie książek, które mnie interesują. W czasie sesji praktycznie w ogóle nie pracuję i cały czas poświęcam na naukę. Czasem trzeba więc zacisnąć zęby i po prostu zmusić się do opanowania zasad HACCP-u, czy etapów obróbki wstępnej produktów spożywczych.

Inna sprawa, że co miesiąc płacę za uczelnię ponad 400zł czesnego (od października dokładnie 450zł co miesiąc, są różne opcje rozłożenia płatności). Niestety, "studentowi, który po ukończeniu jednego kierunku studiów kontynuuje naukę na drugim kierunku studiów, nie przysługują świadczenia, o których mowa w art. 173, chyba że kontynuuje on studia po ukończeniu studiów pierwszego stopnia w celu uzyskania tytułu zawodowego magistra lub równorzędnego, jednakże nie dłużej niż przez okres trzech lat". Mimo bardzo wysokiej średniej nie otrzymuję więc stypendium. Jeszcze gdybym była po medycynie i teraz kontynuowała naukę na dietetyce, to bym zrozumiała, ale nie mam magistra z żadnego pokrewnego kierunku, ani nawet matury z biologii i chemii. Szkoda, bo stypendium bardzo by mnie to odciążyło. Jeśli jednak będą to Wasze pierwsze studia, jak najbardziej możecie walczyć o stypendium. Z tego, co czytałam w nowym roku akademickim moja uczelnia będzie realizowała projekty z różnych funduszy europejskich, więc może będą jakieś wartościowe szkolenia, w których będę mogła wziąć udział. Gdyby nie firma z chęcią pojechałabym na Erasmusa, bo też mamy taką możliwość.

Już teraz wiem, że na pewno nie będę robiła magisterki, bo tytuł licencjata mi wystarczy (tak, tak, najpierw jeszcze muszę go zdobyć, a na razie to nie wiem jeszcze o czym chcę pisać pracę). Raczej chciałabym pójść na studia podyplomowe z psychodietetyki, bo mam sporo podopiecznych z zaburzeniami odżywiania. Gdybym miała pewność, że zjazdy nie będą się pokrywać, to chętnie poszłabym już teraz, ale obawiam się, że nie dałabym rady pogodzić dwóch kierunków. Tym bardziej, że teraz mamy już praktycznie same przedmioty specjalizacyjne, a wybrałam dietetykę kliniczną (do wyboru była jeszcze sportowa, na którą też bym z chęcią poszła, bo mamy świetnych wykładowców, ale to może kiedyś podyplomowo). Mam więc nadzieję, że nowy semestr będzie ciekawy. Zaczynam już w ostatni weekend września!

Podsumowując, mimo kilku minusów, nie żałuję, że rozpoczęłam studia. Chcę zawodowo zajmować się dietetyką, sama nie byłabym w stanie przyswoić całej niezbędnej wiedzy (co nie oznacza, że nie można) i mam nadzieję, że to zaprocentuje w przyszłości. Chętnie poznam jednak Wasze zdanie, czy warto studiować dietetykę, czy tytuł ma dla Was znaczenie i jakie macie doświadczenia, jeśli chodzi o poziom na Waszych uczelniach?

Tagi: dietetyka, student, studia, studia dietetyczne