Detoksem w koronawirusa

Tadeusz Sowinski Dietetyk

We współczesnych realiach epidemicznych nikogo nie powinien dziwić niemal globalny wzrost zainteresowania wszelkimi metodami wspierania odporności na infekcje. Owo zainteresowanie oczywiście nie jest w swojej istocie szkodliwe, ale biorąc pod uwagę wątpliwą rzetelność pojawiających się ostatnio w zasobach internetowych informacji należy podkreślić, że „wyprawa po wiedzę” może okazać się równie ryzykowna, jak organizowanie wycieczki zbiorowej do Katalonii. Wprowadzanie w życie postulowanych gdzieniegdzie porad nie tylko bowiem nie będzie skuteczna w zmniejszaniu ryzyka infekcji, ale niekiedy może wręcz prowadzić do problemów zdrowotnych.

Czy dieta wpływa na odporność?

Wpływ sposobu odżywiania na pracę układu immunologicznego jest faktem mającym dobre wsparcie w literaturze fachowej [1-3]. Zatem w czasach, gdy istnieje zwiększone ryzyko infekcji, dbałość o odpowiedni dobór jakościowy i ilościowy pokarmów może stanowić element prewencji, a postulowanie racjonalnych praktyk w tym zakresie jest wpisane w zawód dietetyka. Nawet jeśli nijak się to ma do ryzyka zachorowania na COVID-19, to przecież i tak nie można wykluczyć, iż zdrowe nawyki żywieniowe będą miały wpływ na zdolność organizmu do radzenia sobie z wirusową infekcją w toku ewentualnego jej trwania. I to jest ten moment, w których dochodzimy do newralgicznego i często formułowanego pytania, dotykającego gorącego tematu. Otóż, czy istnieje jakaś dieta pozwalająca ustrzec się COVID-19 lub też choćby – zagwarantować łagodny przebieg zakażenia?

Odpowiedź brzmi: niestety ale nie istnieje dieta, która chroniłaby przed wspomnianą przypadłością. Przynajmniej nie ma na to żadnych dowodów, podobnie jak nie ma dowodów na to, że jakakolwiek dieta chroniła przed zachorowaniem na SARS, grypę, odrę czy AIDS. Ale oczywiście nie musi to oznaczać, że sposób odżywiania nie ma żadnego wpływu na pracę naszego układu immunologicznego. Jest wręcz odwrotnie: można wyróżnić szereg czynników żywieniowych obniżających odporność jak i analogicznie można też wyszczególnić szereg czynników żywieniowych wspierających obniżoną odporność na infekcje. Ten fakt trudno podważyć i, jak się okazuje, może to skłaniać zarówno do racjonalnych przemyśleń i odpowiedzialnych zachowań, jak i do snucia bezeceństw i czynienia totalnych głupot. Zanim jednak odniosę się do obiegowych plotek i foliarskich zaleceń, proponuję szybki test wiedzy, który polega na udzieleniu bezbłędnej odpowiedzi na poniższe pytanie.

Który z żywieniowych czynników, bądź który ze składników pokarmowych, w największym stopniu warunkuje naszą odporność immunologiczną?

Jeśli nie umiesz odpowiedzieć na tak zadane pytanie lub uważasz, że jest to cynk, selen, witamina D lub – co gorsza – witamina C, to – co tu dużo mówić – wiele wskazuje na to, iż po prostu się mylisz. Tkwienie w tym przekonaniu nie jest oczywiście ujmą na honorze, no chyba że jesteś dietetykiem lub lekarzem, ale w zamian może po prostu czynić podejmowane działania nieefektywnymi lub niekiedy wręcz – szkodliwymi. Zatem, co w pierwszej kolejności ma znaczenie dla naszej odporności? Otóż dla sprawnego funkcjonowania układu immunologicznego liczy się przede wszystkim odpowiednie zaopatrzenie organizmu w białko i energię, co ma wsparcie tak w najnowszych [1-3], jak i w bardziej wiekowych publikacjach naukowych [4-5].

Zaraz, zaraz, czy aby autor powyższego twierdzenia nie upadł na głowę z masztu 5G? Przecież w dzisiejszych czasach cywilizacyjnym i niemal globalnym problemem jest nadmierna masa ciała, która bynajmniej z niedożywiania białkowo-energetycznego się nie bierze. Oczywiście na pierwszy rzut oka podnoszenie wagi odpowiednio wysokiego spożycia protein i energii ogółem wydaje się nieporozumieniem, ale po zgłębieniu istoty rzeczy, a przede wszystkim po zwróceniu uwagi na pewne, warunkowe okoliczności, które w ostatnim czasie zyskują na znaczeniu, pozwala spojrzeć na sprawę w ujęciu wykraczającym poza zero-jedynkowe schematy, którym z taką łatwością ulegamy.

Co za dużo, to niezdrowo, ale…

Permanentna nadwyżka energetyczna prowadząca do sukcesywnego, skutkującego otyłością, a dalej cukrzycą typu 2, przyrostu rezerw tłuszczowych w naszym ciele faktycznie nie służy ani naszemu zdrowiu metabolicznemu, ani też odporności na infekcje [6-9]. Tyle że niedożywienie białkowo-energetyczne w skrajnych wypadkach może odciskać znacząco większe piętno na funkcjach układu immunologicznego [1-5]. Zależność ta dodatkowo przybiera na sile, kiedy mówimy o osobach aktywnych fizycznie z prawidłową masą i optymalnym składem ciała, a już w grupie szczególnego ryzyka są sportsmenki i sportowcy [10-13]. Mówiąc wprost: osoby aktywne, bez zbędnego balastu w postaci nadmiarowej ilości rezerw tłuszczowych, reagować mogą dynamicznym spadkiem odporności immunologicznej w przypadku niskiej dostępności energii i białka.

A jak wygląda sprawa u osób z nadmierną masą ciała?

Odpowiednia podaż białka prawdopodobnie jest również kluczowa dla utrzymania wysokiej odporności na infekcje. Jeśli chodzi natomiast o restrykcje kaloryczne, to tutaj akurat nie ma pełnej zgodności: niektóre badania wskazują na spadek, inne nawet na wzrost immunologicznej odporności w przypadku ich wprowadzania [14-16]. W moim osobistym przekonaniu, umiarkowany deficyt kaloryczny u osób otyłych nie musi zwiększać ryzyka infekcji, o ile dieta będzie odpowiednio zasobna w białko i pozostałe, niezbędne składniki odżywcze. Wiele wskazuje jednak na to, że również przy nadmiernej masie ciała istnieje pewien pułap spożycia energii, który musi zostać osiągnięty, by nadto nie nadwątlić „funduszy kalorycznych” z puli zarezerwowanej dla układu immunologicznego. Systemy obronne naszego organizmu nie pracują na baterie słoneczne i wymagają dowozu energii.

Detoksem w wirusa

Mając na uwadze powyższe uwarunkowania oczywisty wydaje się fakt, iż wszystkie owoce wesołej twórczości samozwańczych ekspertów w dziedzinie dietetyki, które sprowadzają się do nagłego i drastycznego obniżenia kaloryczności diety, mogą prowadzić do zwiększenia podatności na infekcje, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu zmniejszenie spożycia protein. Czy istnieje jakaś konkretna, graniczna głębokość deficytu lub graniczny czas jego trwania w omawianym ujęciu? Tego niestety nie wiemy, ale istnieją przesłanki, by sądzić, że im agresywniejsze rozwiązania wprowadzamy i im dłużej się ich trzymamy, tym większe ryzyko na siebie bierzemy.

Tymczasem w ostatnich dniach można zauważyć prawdziwy wysyp beztroskich postulatów lansujących „sokowy detoks”, „owocowo-warzywną kurację odchudzającą”, czy też propagujących jawną głodówkę w imię „wzmacniania odporności” i „podnoszenia sił witalnych organizmu”. Tak autorzy, jak i propagatorzy tych potencjalnie ryzykownych rozwiązań posiłkują się argumentami z własnego doświadczenia (typu: „na mnie działa”) lub, w sposób dalece niefachowy, szafują fachowymi terminami, takimi jak „autofagia”. Oczywiście jeśli w ewentualnej dyskusji zwróci się uwagę na sceptyczne stanowiska środowisk zrzeszających dietetyków, czy też po prostu brak odpowiednich referencji w postaci dobrze zaprojektowanych badań naukowych publikowanych w recenzowanych czasopismach, automatycznie pojawia się argument o niekompetencji i interesowności ekspertów oraz o Wielkim Spisku BigPharmy, która ma rzekomo fałszować badania i żerować na naszym zdrowiu (pewnie dlatego ostatnio jedna z firm kojarzona z BigPharmą przeznaczyła 7 milionów złotych na zakup respiratorów dla polskich szpitali…). Ciekawe, czy posługujący się powyższą argumentacją Instagramowi Misjonarze lansujący „sokowy detoks z dowozem do domu” przeznaczają chociaż procent swojej marży na jakiś szczytny cel…

Odporność jak sportowa forma i jak szczupła sylwetka

Wiele wskazuje na to, że jednym z ważnych czynników motywujących wiele osób do sięgania po alternatywne i egzotyczne diety są złe nawyki żywieniowe. Co to dokładnie oznacza? Otóż po rozwiązania „rewolucyjne” sięgają często osoby, które mają świadomość, że przez pewien czas odżywiały się w sposób beztroski oraz potencjalnie szkodliwy i teraz chcą nadrobić stracony czas. Innymi słowy istnieją liczne rzesze osób wierzących, iż w ciągu kilkudniowego detoksu są w stanie zniwelować negatywne skutki wielu miesięcy czy lat zaniedbań. To trochę tak, jakby uważać, że w ciągu kilku dni głodówki da się usunąć niechciany balast tłuszczu zapasowego, tyle że skutki wprowadzanych rozwiązań są trudne do uchwycenia gołym okiem, stąd też pewnie wiele osób jest w stanie uwierzyć w żywieniową magię.

O odporność immunologiczną, podobnie jak o formę sportową i szczupłą sylwetkę, dba się cały czas. Nie da się jej ani zbudować w miesiąc czy tydzień raz na zawsze, ani natychmiast przywrócić „cudowną kuracją” po okresach laby, ale w zamian można ją dość szybko zepsuć nieodpowiedzialną praktyką żywieniową.

Tagi: covid-19, dieta, koronawirus, odporność

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *