Zbadaj się!

W sierpniu minęły dokładnie 4 lata, odkąd po raz pierwszy za namową mojego ówczesnego trenera zrobiłam profilaktyczne badania krwi. Kilka miesięcy wcześniej rozpoczęliśmy współpracę w zakresie treningu siłowego i diety. Chodziłam również dwa, trzy razy w tygodniu na prowadzone przez niego zajęcia crossfitowe. Od samego początku prosił, abym sprawdziła podstawowe parametry krwi, tym bardziej, że od wielu lat stosowałam antykoncepcję hormonalną, a moja sylwetka, mimo naprawdę ciężkiej pracy na treningach, nie ulegała żadnej poprawie. Wręcz przeciwnie, mimo zbilansowanej diety nie byłam w stanie zbudować masy mięśniowej, a procent tkanki tłuszczowej w organiźmie systematycznie się zwiększał. Przez kilka miesięcy zbywałam go, obiecywałam, że wkrótce pójdę do lekarza rodzinnego po skierowanie na badania, ale ciągle nie miałam czasu.


Wiosna 2014 roku. Na zajęciach crossfitu dawałam z siebie wszystko.

Od kilku lat pracowałam w biurze prasowym i marketingu klubu piłkarskiego Ekstraklasy. Wszystko co osiągnęłam, zdobyłam naprawdę ciężką pracą. Skończyłam historię, ale praca w klubie była moim największym marzeniem. Zresztą obroniłam z wyróżnieniem pracę magisterską o historii spotkań dwóch najbardziej utytuowanych klubów ze Śląska (jeszcze ją kiedyś wydam!) i od razu rozpoczęłam staż. Wcześniej przez ponad rok byłam wolontariuszem, pracowałam przy projekcie klubowej encyklopedii internetowej, robiłam wywiady pomeczowe, pomagałam spikerowi (zrobiłam wcześniej licencję spikera i mam uprawninienia do prowadzenia meczów w Ekstraklasie!), a że na 5. roku studiów nie miałam już praktycznie zajęć, poświęciłam się w pełni działalności w klubie. Nawet harcerstwo zeszło na dalszy plan (a od 1999 roku należałam do ZHP), bo w końcu walczyłam o swoją zawodową przyszłość!

Pracowałam na 200%. Całe weekendy potrafiłam spędzić na meczach juniorów, rezerw, pierwszej drużyny. Na Śląsku i w całej Polsce. Bydgoszcz, Gdańsk, Białystok - zawsze byłam pierwsza do wyjazdu. Nagrywałam mecze. Robiłam relacje live. Przeprowadzałam wywiady do klubowej telewizji. Pisałam po kilka artykułów na klubową stronę internetową dziennie. Na rodzinnych imprezach, o ile w ogóle na nich byłam, obsługiwałam profile społecznościowe klubu i dzwoniłam do trenerów po składy meczów. Za kadencji byłego już selekcjonera reprezentacji Polski Adama Nawałki uczestniczyłam w sześciu obozach przygotowawczych. To były wyjazdy na dwa, trzy tygodnie z grupą ok. 30-40 zawodników i członków sztabu szkoleniowo/medycznego, zarówno w Polsce, jak i w Turcji czy Słowenii. Tak, to była dla mnie zdecydowanie przygoda życia. W końcu rzadko zdarza się, aby na tym poziomie rozgrywkowym zaprosić do szatni kobietę. Mało kto wie, że po trzech 40 dniach na zgrupowaniach jechałam od razu na ostry dyżur. Spałam po kilka godzin, nie odpuszczałam też treningów. Wstawałam o 5. rano, by pójść na siłownię lub pobiegać, a kładłam się dobrze po północy. Organizm buntował się co jakiś czas, często chorowałam, ale nawet przyjmując antybiotyk byłam w stanie pojechać na mecz na drugi koniec Polski i przez trzy godziny stać za bramką w temperaturze -15 stopni. Nic nie było w stanie mnie zatrzymać. Na nic się nie skarżyłam.


Kiedy przychodził czas kolejnych obozów zawodnicy, czy członkowie sztabu prosili, żebym to właśnie ja z nimi jechała. Nie mogłam sobie wyobrazić lepszej nagrody za swoją pracę.

Kiedy jesienią 2013 roku trener Adam Nawałka odszedł do reprezentacji Polski, trochę spuściłam tonu. Oczywiście, klub był priorytetem, ale coraz więcej czasu spędzałam na siłowni. Zaczęłam też chodzić na zajęcia crossfitowe, o których już wcześniej Wam wspominałam. Robiłam po 5-6 treningów siłowych w tygodniu, które trwały czasem i 3 godziny, a zamiast na cardio 2-3 razy w tygodniu chodziłam na godzinny, morderczy crossfit. Jeśli nie wychodziłam na czworaka, nie byłam z siebie zadowolona. Całe szczęście nigdy się nie głodziłam, jadłam pięć zdrowych posiłków (raczej zawsze dbałam o to, co jem), choć muszę przyznać, że zajadałam kompulsywnie stres, który towarzyszy mi tak naprawdę odkąd pamiętam. Nie, nigdy nie miałam bulimii, tylko po prostu w trudnych momentach skubałam słonecznik, podgryzałam wafle ryżowe, czy pochłaniałam paczkę nerkowców.


1) W pracy zawsze miałam ze sobą pudełka. Tak, akurat tam był ryż, kurczak i brokuł 😀 2) Gotowałam i do dziś gotuję głównie na parze. 3) Już wtedy kochałam omlety, do dziś to moje ulubione śniadanie. 4) Nie unikałam jednak lodów, ani deserów.

W lipcu 2014 roku całoksztalt mojej pracy w klubie został oceniony. Nowy prezes zaproponował mi objęcie funkcji rzecznika prasowego. Ten awans był dla mnie ogromnym wyróżnieniem i wyzwaniem.

Moja pierwsza pomeczowa konferencja, której gościem specjalnym był Lukas Podolski. Parę tygodni wcześniej zdobył tytuł Mistrza Świata z reprezentacją Niemiec. Miałam ogromną tremę.

Musiałam spełnić oczekiwania władz miasta, klubu i kibiców. Czułam ogromną satysfakcję, ale presja powoli mnie "zjadała". Negatywne emocje rozładowywałam na treningach. Poniedziałek – trening siłowy + sprinty w terenie, wtorek – trening siłowy, crossfit plus 30 minut na rowerze stacjonarnym, środa – trening siłowy + 30 minut biegania na bieżni, czwartek – trening siłowy, crossfit, 30 minut na rowerze stacjonarnym plus 30 minut rolletic (o matko :(), piątek – trening siłowy plus sprinty w terenie, sobota – trening siłowy plus 30 minut biegania na bieżni. W niedzielę przymusowy odpoczynek ze względu na mecz. Tak wyglądała moja tygodniowa aktywność. Plan od trenera zakładał cztery treningi, ale dla mnie to było za mało. Nie potrafiłam odpoczywać i mimo jego zaleceń, trenowałam więcej.


Naprawdę ciężko trenowałam. Tutaj możecie zobaczyć fragment mojego planu treningowego. Trener zalecał robić 3 serie, ja robiłam jednak dwa razy więcej... Jak widzicie, byłam jednak dość mocno otłuszczona.

W sierpniu 2014 roku zespół robił kontrolne badania krwi, rano do klubu miały przyjechać pielęgniarki, aby pobrać zawodnikom krew. Mój trener cały czas nalegał, abym sprawdziła swój stan zdrowia, więc poprosiłam, żebym przy okazji również mogła zrobić morfologię, lipidogram (cholesterol całkowity, LDL, HDL, tiglicerydy), profil tarczycowy (TSH, fT3, fT4), żelazo, wapń, magnez, witaminę B12 oraz estradiol i testosteron. Po przejrzeniu wyników trener zalecił mi konsultację endokrynologiczną, jednak stwierdziłam, że skoro większość wyników, poza cholesterolem całkowitym, jest w normie laboratoryjnej, to nie ma się czym przejmować. Tak, byłam zmęczona, miałam problemy z zasypianiem, budziłam się w nocy, ale nawet mi przez myśl nie przeszło, że mam jakieś problemy zdrowotne. Mimo, że parę lat wcześniej moja starsza siostra zmarła w wyniku powikłań nowotworowych. W jednej z ostatnich rozmów obiecałam jej, że będę żyła pełnią życia i to właśnie robiłam.

Jesienią zaczął się mój koszmar. Byłam nieustannie chora. Zbyt szybko wracałam do pracy i treningów i w krótkim czasie znów łapałam infekcję. To było błędne koło. Grypa, dzień w łóżku, wyjazd na mecz, trening, angina, antybiotyk, kilka dni wolnego, powrót do pracy, "lekki" trening, kolejna infekcja. Tak, sama sobie byłam winna. Trzeba się było wykurować do końca. Nie byłam w stanie jednak odpuścić ani żadnego meczu, ani siłowni. Nie do końca radziłam sobie psychicznie z presją związaną z byciem rzecznikiem prasowym. Treningi były dla mnie odskocznią. Dzięki mojemu trenerowi coraz bardziej zaczęłam interesować się też kwestią metodyki treningowej i dietetyką. Zaczytywałam się w artykułach Charlesa Poliquin'a. Pisałam pierwsze "merytoryczne" artykuły na swojego bloga. Pojechałam także na swoje pierwsze szkolenie - "Weightlifter lvl 1" organizowane przez Strength Coach Certification we Wrocławiu. Marzyłam po cichu o starcie w zawodach w trójboju siłowym. Podnosiłam naprawdę spore ciężary.


Żyłam intensywnie. Wyjazdy na mecze, treningi, szkolenia, nie mogłam usiedzieć w miejscu.

Kiedy pod koniec roku trener dał mi zielone światło do startu w Pucharze Śląska, uszkodziłam kręgosłup w odcinku lędźwiowym. Dokładnie w ostatniej serii Push Jerk, kiedy to chciałam spróbować, czy dam radę zrobić 4 powtórzenia w 7 serii z 40kg. Dałam, ale przy okazji jeden z kręgów przemieścił się i doszło do ucisku na nerw. Dokończyłam trening, na drugi dzień ledwo wstałam jednak z łóżka. O schylaniu się nie było mowy. Siadanie i wstawanie z krzesła również sprawiało mi ból. Pojechałam do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty. Diagnoza była trudna do przełknięcia - minimum 6 tygodni bez treningu. Przepłakałam kilka dni.

Chodziłam na fizjoterapię, masaże, robiłam wzmacniające ćwiczenia w domu. Mimo, że nie trenowałam siłowo, byłam wykończona. Fizycznie i psychicznie. Zastanawiając się, co robić, przypomniałam sobie o wynikach badań, które zrobiłam w sierpniu. Zaczęłam szukać w Internecie informacji o chorobach tarczycy, o wpływie stresu na zdrowie, a skutkach ubocznych antykoncepcji. Pamiętam, że całego Sylwestra spędziłam w łóżku na amerykańskich i brytyjskich blogach dziewczyn opisujących swoje dolegliwości zdrowotne. O imprezie mogłam w końcu zapomnieć. Zrozumiałam, że faktycznie tak, jak mówił mi mówił mi mój trener, moje wyniki nie były najlepsze. Wtedy postanowiłam, że zrobię pełną diagnostykę i ze świeżymi wynikami udam się do endokrynologa. Na początku 2015 roku spisywałam więc całą listę badań, które zalecał mi trener i o których czytałam w Internecie i wysłałam moją mamę, która potrafi załatwić wszystko do mojego lekarza rodzinnego. Oczywiście, misja zakończyła się sukcesem (przy pobieraniu krwi pielęgniarka stwierdziła, że jestem młoda i zdrowa i lekarz chyba oszalał zlecając mi tyle badań). Z wynikami pojechałam do znalezionego w Internecie endokrynologa do ościennego miasta. Zrobił mi USG tarczycy, zlecił dodatkowe badania krwi i postawił diagnozę. Niedoczynność tarczycy i Hashimoto.

Wtedy zaczęła się moja "Droga do równowagi". Kto śledzi na bieżąco moje poczynania na blogu czy profilach społecznościowych ten wie, że jest ona kręta. Popełniłam po drodze wiele błędów, ale ciągle się uczę i nie ustaję w poszukiwaniach. Tym bardziej, że nie tylko tarczyca i układ immunologiczny postanowiły się zbuntować. PCOS, hipoglikemia, insulinooporność, wtórny brak miesiączki, zaburzenia metylacji, ostatnio endometrioza. Lista moich dolegliwości jest długa. Na tym blogu nie zamierzam więc analizować wyników najnowszych badań naukowych, ani udzielać "eksperckich" porad. Tak, cały czas rozwijam swoją wiedzę, samodzielnie, a także na studiach, ale w dalszym ciągu wiem, że nic nie wiem. Uważam, że w tym momencie najcenniejsze co mam, to doświadczenie i właśnie nim chce się z Wami tutaj dzielić.

Tym krótkim opisem mojej historii chciałam zachęcić Was na wstępie do badań profilaktycznych. Mimo, że dziś nie współpracuję już ze wspominanym trenerem, to zawsze będę mu wdzięczna, że zmusił mnie, abym sprawdziła swój stan zdrowia i skonsultowała się z endokrynologiem. Gdyby nie on, moja "droga do równowagi" mogłaby rozpocząć się dużo później. Dlatego też dziś, kiedy sama pracuję jako trener personalny i doradca dietetyczny, przywiązuję ogromną uwagę do stanu zdrowia swoich podopiecznych. Przed rozpoczęciem współpracy przeprowadzam szczegółowy wywiad żywieniowy i zdrowotny, analizuję dotychczasowe wyniki i/lub zachęcam do wykonania profilaktycznych badań. W razie potrzeby zalecam konsultacje lekarskie. Niestety, "dzięki" mnie zdiagnozowano niejedną anemię, niedobór witaminy D3, niedoczynność tarczycy, insulinooporność czy PCOS. Nie, nie szukam na siłę chorób, jednak we wczesnym ich stadium dzięki odpowiedniej diecie czy aktywności fizycznej można uniknąć leczenia.

W pierwszej kolejności proszę podopiecznych, aby udali się do lekarza rodzinnego z prośbą o skierowanie na podstawowe badania krwi. Wykaz świadczeń gwarantowanych z zakresu Podstawowej Opieki Zdrowotnej możecie znaleźć tutaj. Na mojej liście znajdując się:

- morfologia krwi obwodowej,
- ogólne badanie moczu z oceną właściwości fizycznych, chemicznych oraz oceną mikroskopową osadu,
- odczyn opadania krwinek czerwonych (OB),
- cholesterol całkowity, cholesterol-LDL, cholesterol-HDL, triglicerydy,
- aminotransferaza asparaginianowa (AST), aminotransferaza alaninowa (ALT), gammaglutamylotranspeptydaza (GGTP), bilirubina całkowita, fosfataza alkaliczna (ALP),
- kreatynina, mocznik, kwas moczowy, białko całkowite,
- sód, potas, wapń zjonizowany, żelazo,
- glukoza na czczo, tężenie hemoglobiny glikowanej (HbA1c),
- hormon tyreotropowy (TSH), FT3, FT4,
- amylaza.

Dodatkowo zachęcam do sprawdzenia prywatnie (czasami ktoś ma w pakiecie medycznym) poziomu witaminy D3, bo 99% osób, które do mnie trafiają ma niedobór. W zależności od wywiadu żywieniowego i zdrowotnego zachęcam również skontrolowanie poziomu kortyzolu na czczo, insuliny na czczo lub 3-punktowych krzywych cukrowo-insulinowych, homocysteiny, ferrytyny i witaminy B12. Kobietom zalecam kontrolną wizytę u ginekologa i wykonanie USG jajników, USG piersi oraz skontrolowanie poziomu hormonów płciowych (LH, FSH, estradiol, progesteron, prolaktyna, testosteron wolny). Mężczyzn proszę chociaż o sprawdzenie poziomu testosteronu wolnego. W miarę możliwości zachęcam także do kilkukrotnego skontrolowania ciśnienia tętniczego.

Tak, często trafiam na zdziwienie i opór. W końcu ktoś przyszedł do mnie tylko po plan treningowy, a nie całą listę badań do zrobienia. Niestety, wśród wielu aktywności dnia codziennego zapominamy o kontrolowaniu swojego stanu zdrowia. Przegląd samochodu jest świętością, ale swojego organizmu już niekoniecznie. Chodzimy z dziećmi na szczepienia obowiązkowe, na badania okresowe w pracy, a do lekarza, gdy zmusi nas choroba, a witamina C, czy proszki z apteki nie pomagają. Przychodnie mają swoje limity i niechętnie wysyłają "profilaktycznie" na badania. Chyba, że trafimy na dobrego lekarza rodzinnego. Z kolei prywatnie raczej szkoda nam wydawać pieniądze na swoje zdrowie, jeśli nie odczuwacie żadnych dolegliwości.

Wystarczy raz odpuścić sobotni wypad do klubu czy zakup kolejnej pary spodni i wydać te pieniądze na płatne badania. Warto też przejrzeć oferty laboratoriów w swoim mieście. Często mają bowiem promocje na konkretne badania lub pakiety badań w niższej cenie (jeśli jesteście ze Śląska możecie skorzystać z pakietów promocyjnych i zniżek w laboratorium, z którym współpracuję, szczegóły u mnie na blogu w zakładce "Badania krwi"). Stawiajcie na profilaktykę! Ostatnio mój rówieśnik (mam 31 lat :D) miał zawał serca. Spotkałam go na ulicy po powrocie z rehabilitacji kardiologicznej. - Asia, zawsze podśmiewałem się trochę z tego, co wrzucasz na Facebook'a, z tych zdrowych posiłków, zdjęć z treningu, informacji o promocjach w laboratorium. I wiesz co? Żałuję, że nie wziąłem z Ciebie przykładu - powiedział szczerze. Dziś współpracujemy. Szkoda tylko, że dopiero teraz dba o swoje zdrowie, ale lepiej późno, niż wcale. Jeszcze wszystko przed nim.

Odpowiedzcie sobie, kiedy ostatnio sprawdzaliście swój stan zdrowia i jeśli nie kontrolowaliście podstawowych parametrów przez ostatnie 12 miesięcy, profilaktycznie wykonajcie badania i skonsultujcie ich wyniki ze specjalistą (lekarzem, ewentualnie dietetykiem, który pokieruje Was dalej, nie członkami różnego rodzaju grup na Facebook'u). Życzę Wam z całego serca, aby wszystkie wyniki były prawidłowe!

Tagi: badania krwi, diagnostyka